uwagi: (0)

Studencki Komitet Solidarności - 25 lat


autor: Adam Domagała

      W sobotę 14 grudnia - 25 lat i jeden dzień po powstaniu SKS we Wrocławiu - na koncercie galowym w Imparcie wystąpią Antonina Krzysztoń, Mirosław Czyżykiewicz, Leszek Wójtowicz, Jacek Kowalski, Roman Kołakowski i Andrzej Poniedzielski

1.
      W sierpniu 1979 r. sprawa była poważna. Robotnicy siedzieli co prawda cicho, ale, oczywiście, to nie mogło trwać wiecznie. Problem był ze studentami - na szczęście były wakacje, więc ci, którzy w kilku wielkich miastach poorganizowali jakieś "studenckie komitety solidarności", chwilowo nie stanowili kłopotu.
      Sprawa była na tyle poważna, że generał K., dyrektor III Departamentu MSW, na naradę sekretarzy komitetów wojewódzkich PZPR w Warszawie przygotował bardzo długi referat. Mówił o zagrożeniach ze strony imperialistycznych krajów, dywersji, Radiu Wolna Europa, konieczności dalszego stosowania represji wobec opozycji. K. mówił i mówił, sekretarze z województw dyskretnie ziewali, więc i w generale (myślę tak 25 lat później, gdy przeglądam stenogramy posiedzeń Komitetu Centralnego) rewolucyjna czujność na chwilę przygasła. - Ja chciałem po prostu wam wytłumaczyć, dlaczego my stosujemy takie podejście, a nie inne - mówił K. - Ono nam się ze wszech stron, wydaje mi się, opłaca. A że przeżywamy różnego rodzaju kłopoty, frustracje, nawet nieraz dlatego takie, bo nam dokucza ten Kuroń, Michnik, ten Budrewicz we Wrocławiu... Jeżeli my do tego podchodzimy w sposób taki apokaliptyczny, diabolizujemy to zjawisko, to trudno, to jest naszą jest sprawą, aparatu bezpieczeństwa - monologował generał trochę nieskładnie. Ale zakończył efektownie: - My musimy doskonale wiedzieć - i wiemy - co się tam dzieje.

2.
      7 maja 1977 r. w bramie kamienicy przy ul. Szewskiej w Krakowie znaleziono ciało Stanisława Pyjasa, studenta V roku polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracownika Komitetu Obrony Robotników, postaci znanej wszystkim, którzy choć otarli się o krakowską opozycję. Według milicji Pyjas spadł ze schodów, prawdopodobnie po pijanemu. Opozycja wiedziała, że Pyjas był bez ustanku śledzony, a tuż przed śmiercią pobity. Do dziś okoliczności zdarzenia nie udało się wyjaśnić. Wiele lat później dwóch byłych esbeków dostało niewielkie wyroki za gmatwanie wznowionego śledztwa.
      Władza robiła dużo, żeby o śmierci Pyjasa, na chwilę przed juwenaliami, które w Krakowie zawsze przebiegały wyjątkowo hucznie, dowiedziało się niewiele osób. Gazety odmówiły zamieszczenia nekrologów, nie można było wydrukować klepsydr. W nocy z 14 na 15 maja, już po pogrzebie Pyjasa, powstał Studencki Komitet Solidarności. Pod deklaracją założycielską podpisało się dziesięć osób - podają swoje adresy i telefony. Żądają rzeczy ogólnych i doraźnych: przestrzegania praw człowieka, zwolnienia więźniów politycznych, uznają, że oficjalna organizacja studencka - Socjalistyczne Zrzeszenie Studentów Polskich - skompromitowała się. Przede wszystkim - żądają wyjaśnienia śmierci Pyjasa.
      Nazajutrz do bazyliki Dominikanów w Krakowie przychodzi 2,5 tysiąca ludzi. Modlą się za duszę Stanisława Pyjasa. SKS doprowadza do tego, że juwenalia okazują się kompletnym niewypałem. I choć władza bardzo się starała, o tym, co się stało i dzieje się w Krakowie, wiedziała już połowa Polski.
      25 maja we wrocławskiej katedrze odprawiona została msza w intencji Pyjasa. - Ksiądz pomylił chyba kartki - wspomina Leszek Budrewicz, dziś wykładowca dziennikarstwa na dwóch wrocławskich uczelniach, wtedy student III roku polonistyki. - Mówił głównie o aborcji. A zaraz po mszy pod pomnikiem Jana XXIII ktoś zaczął czytać deklarację krakowskiego SKS-u, ale nie skończył, uciszony przez swoją dziewczynę. Skończył Zenon Pałka, drukarz KOR-u, którego SB i tak znała, więc nie miał się czego bać.
      - Po majowej mszy - opowiada Budrewicz - z tych, którzy chcieli zakładać we Wrocławiu SKS, na kilka miesięcy uszła para. Ponownie spotkali się dopiero w grudniu w mieszkaniu Budrewicza przy Świdnickiej. Z jednej strony humaniści (głównie z polonistyki i filologii klasycznej, gdzie ton nadawał Wiesław Piotr Kęcik), z drugiej fizycy i matematycy z Politechniki. Pili herbatę, coś mocniejszego też i dyskutowali. Wymyślili, że spotkają się za parę dni - żeby nie podejmować pochopnych decyzji.Na drugie spotkanie, w mieszkaniu kolegi przy pl. Pereca, przyjechał Bronisław Wildstein, spiritus movens krakowskiego SKS-u - opowiedział o udanej kampanii przeciwko ograniczeniom w korzystaniu z uczelnianych bibliotek. Postulat swobodnego dostępu do zakazanych książek dopisano do innych, podobnych do ????z maja. 13 grudnia pod oświadczeniem powołującym wrocławski SKS podpisali się Marek Adamkiewicz, Jerzy Filak, Marek Rospond, Wiesław Piotr Kęcik, Piotr Siekanowicz, Juliusz Szymczak i Marek Zybura. Tydzień później Uniwersytet i akademiki zasypują ulotki, 27 grudnia o powstaniu SKS-u we Wrocławiu - piątego w kraju, po Krakowie, Warszawie, Trójmieście i Poznaniu - poinformowało Radio Wolna Europa.

3.
      - Mieliśmy poglądy polityczne, często wyraziste i różne, przeważnie lewicowe - wspomina Budrewicz. - Ale nie polityka była najważniejsza. Chodziło przecież o to, żeby walczyć z jawną niesprawiedliwością, z tym, co przeszkadza normalnie, swobodnie żyć. Także o kontestację obyczajową, pokazanie, że podoba nam się to, co nie podoba się większości.
      - Wrocław miał swój wyjątkowy charakter. Specyficzny, bo uformowany przez tych, którzy tutaj przyjechali po wojnie z wielu stron Polski - mówi Aleksander Gleichgewicht, wtedy pracownik PAN, dziś w norweskim koncernie prasowym. - Dlatego do SKS-u garnęli się ludzie z tak różnych środowisk jak uniwersyteckie i politechniczne, z jednej strony żywe były kontakty z raczej zachowawczym Klubem Inteligencji Katolickiej, z drugiej - z palącymi trawkę hippisami. Zdarzało się, że SKS organizował zbiórkę pieniędzy na grzywnę dla skazanych za różne, niekoniecznie polityczne wykroczenia znajomych.
      W SKS wszystko było jawne: nazwiska rzeczników, działaczy i sympatyków, telefony, adresy. Konspiracja dotyczyła tylko druków - zbyt cennych, żeby narażać je na konfiskatę i zniszczenie przez nadgorliwego esbeka. Książki i broszury, nieliczne, które nie były właśnie w obiegu, trzymało się u niezaangażowanych znajomych. - Kiedy spodziewałam się rewizji, pakowałam książki do walizki i taszczyłam ją do sąsiadki, córki generała. Tam na pewno by nie szukali - opowiada Renata Otolińska, jedna z bibliotekarek SKS, dziś jedna z najlepszych nauczycielek języka polskiego we Wrocławiu.

4.       Jedni trafiali do SKS-u, bo bardzo im na tym zależało: słuchali Wolnej Europy, czytali bibułę i chcieli zmieniać świat. Inni - jak Renata Otolińska - trafili tam właściwie przypadkiem. Znajomi poprosili ją, żeby przywiozła z Warszawy książki wydane w drugim obiegu. W mieszkaniu, skąd miała je odebrać, SB zrobiło kocioł. - Zabrali mnie prosto na Rakowiecką. Dla dziewczyny z prowincji, właściwie jeszcze nastolatki, to był szok - opowiada Otolińska. - Zamknęli mnie w celi z kryminalistkami, prostytutkami, które w nocy wychodziły na korytarz i świadczyły usługi klawiszom. Wszystko po to, żeby od początku mnie złamać, pokazać, czym pachnie działalność opozycyjna. A we mnie zamiast strachu wezbrała złość. Następnego dnia dali mi bilet i wsadzili w pociąg do Wrocławia. Przecież nie mogłam nie związać się z ludźmi, którzy chcieli walczyć z tym, co właśnie poznałam na własnej skórze.
      - Przez trzy lata istnienia przez SKS przewinęło się nie więcej niż 100 osób - mówi Aleksander Gleichgewicht. - I nie mam złudzeń, nie byliśmy organizacją masową. Właściwie... do dziś nie mogę się nadziwić, że chciało z nami współpracować tak niewiele osób. Może bali się szykan SB, może nie interesowali się polityką, może wystarczyło im to, co oferowało szczerze przez nas niecierpiane Socjalistyczne Zrzeszenie Studentów Polskich - bale, obozy, koncerty?

5.
      Wszystko było jawne - więc i SB nie stosowała specjalnie wyrafinowanych technik operacyjnych. - Wiedzieli, że często spotykamy się w moim mieszkaniu - mówi Budrewicz. - Więc legitymowali każdego, kto wchodził do bramy, a każdego, kto wszedł do mojego mieszkania, brali na komisariat. Potem wypuszczali, informując o wszystkim władze uczelni. Albo chodzili za delikwentem przez cały dzień, ostentacyjnie się kłaniali... Byli wśród nas konfidenci, ale przynajmniej wtedy w ogóle się tym nie przejmowaliśmy. W niczym nam nie przeszkadzali.
      Oprócz jawności działania drugą - kto wie, czy nie ważniejszą - zasadą, której musieli trzymać się studenci z SKS, była niedawanie władzom uczelni jakiegokolwiek pretekstu do zwolnienia ze studiów: wszystkie zaliczenia trzeba było mieć w terminie, w tramwaju mieć zawsze skasowany bilet, nie przechodzić przez ulicę na czerwonym świetle. Nie zawsze udawało się zachować czyste konto. Któregoś dnia SZSP wydał podróbkę biuletynu SKS "Podaj Dalej". - Bardzo dobrze przygotowaną - ocenia Jarosław Broda, wtedy student polonistyki, dziś dyrektor Wydziału Kultury i Ochrony Zabytków w Urzędzie Miejskim. - Było tam przerobione opowiadanie Mrożka o nawiedzonym aktywiście, wypisującym w kiblu antyustrojowe hasła. Wszyscy zorientowali się, że to paszkwil na Leszka Budrewicza. I w następnym numerze "Podaj Dalej" SKS napiętnował asystentów z polonistyki, którzy kolportowali ten fałszywy biuletyn. Niestety, wymieniono też dwóch asystentów, którym nie można było nic udowodnić. Za "szkalowanie" pracowników naukowych rektor zawiesił kilkoro członków SKS-u. Kiedy publicznie przeprosili, mogli znowu studiować.

6.
      SKS zasłynął z organizowania spotkań Towarzystwa Kursów Naukowych. Do Wrocławia przyjeżdżali z wykładami Jacek Kuroń, Stanisław Barańczak (SB skwapliwie notowało: "Barańczak nie podejmował tematów politycznych, a na pytania z sali udzielał wymijających odpowiedzi. Podczas spotkania zbierano pieniądze na zwrot kosztów podróży prelegenta oraz prawdopodobnie na opłaty personelu kawiarni"), z monodramem w prywatnym mieszkaniu wystąpiła Halina Mikołajska. W marcu 1978, w dziesiątą rocznicę Marca '68, w mieszkaniu Aleksandra Gleichgewichta studenci zorganizowali spotkanie z Bogusławą Blajfer z KOR-u. Najpierw do domu wtargnęło dwóch esbeków: zażądali zakończenia nielegalnego zgromadzenia. Po chwili do akcji weszła milicja. Do aresztu trafiło 27 osób - wśród nich Antonina Krzysztoń, która gdy tylko zamknęły się drzwi celi, wyciągnęła gitarę - po chwili komisariat przy ul. Grunwaldzkiej rozbrzmiewał antyustrojowymi piosenkami. Milicjanta, który chciał towarzystwo uciszyć, wyśmiano.
      Jeszcze lepiej udał się koncert w akademiku "Słowianka". SKS-owcy przeszli się po prostu po akademiku, powiedzieli, że za chwilę w klubie wystąpi Jan Krzysztof Kelus - klub wypełnił się po brzegi. Koncert próbowali przerwać działacze SZSP, bezskutecznie.

7.
      SKS, który nigdy nie stał się formalną organizacją, przestał istnieć wtedy, gdy na nieformalne organizacje nie było już w Polsce miejsca - w 1980 r. powstała "Solidarność". 10-milionowy ruch wchłonął prawie wszystkich, którzy wcześniej choć otarli się o opozycję. SKS-owcy porozjeżdżali się po kraju, po stanie wojennym część emigrowała. Jedni porobili piękne kariery, innym legenda i stare znajomości w niczym nie pomogły.
      Renata Otolińska: - W latach 80. zupełnie odsunęłam się od polityki, zaczęłam uczyć w szkole. Ale to właśnie dzięki SKS nauczyłam się odpowiedzialności i... przyjaźni.
      Leszek Budrewicz: - A ja najpiękniej wspominam wyjazd w Gorce, gdy wrocławski SKS spotkał się z krakowskim. Pomijam te dyskusje o polityce i filozofii, oczywiście szalenie ważne. Ale fajnie było też napić się wódki - na gołej ziemi i pod gołym niebem.
      Stanisław Huskowski, fizyk, wtedy asystent na Politechnice, po latach prezydent Wrocławia, dziś przewodniczący Rady Miejskiej: - SKS to był czas mojego, powiem górnolotnie, duchowego dojrzewania. Przekonałem się, że warto robić rzeczy, które się chce robić, nie pchać do stanowisk, nie dbać wyłącznie o pieniądze. Zaszczyty, jeśli komuś pisane, i tak przyjdą. W Radzie Miasta zasiadają dzisiaj ludzie, którzy wtedy zapisywali się do SZSP wyłącznie dla kariery. I udało im się - są dziś na świeczniku. Ja też jestem, ale nigdy się z nimi nie zakoleguję.



Adam Domagała, Gazeta Wyborcza z 2002-12-13
skomentuj dokument

uwagi: (0)
1)